sobota, 27 kwietnia 2013

Ruszamy na trekking :-)

Wstajemy wcześnie rano i bierzemy obowiązkowy prysznic - następny czeka nas dopiero za kilka dni. Do miejscowości Vaqueria mamy kilka godzin jazdy autobusem. Potem około dziesięciu dni w górach, kiedy to nie będziemy mieć w ogóle kontaktu z cywilizacją. Aż czuję dreszcze na plecach z podekscytowania - zapowiada się niezła przygoda.

Hoja de coca czyli liście koki. Coś zupełnie normalnego w Peru i Boliwii. Do nabycia chyba na każdym targu

Początkowy plan naszej wyprawy
Na mapie powyżej zaznaczyłem plan naszej wyprawy. Około 10 dni w górach. Jak się później okaże, jednak zmienimy plany i skrócimy naszą wycieczkę do 6 dni.

Dobrze, ale wróćmy do naszego autobusu. Na dworzec firmy El Veloz docieramy pieszo. Plecaki ciążą jak jasna cholera już po kilkuminutowym marszu. Nieźle się zapowiada. Mój plecak waży około 24kg, Łukasza około 28kg. Dziewczyny mają trochę mniej, ale są to wartości w granicach 20kg (!). Sporo z tego waży jedzenie, gaz do kuchenki i namioty. Będzie ciężko...

 W końcu podjeżdża nasz autobus i możemy zacząć powolne pakowanie się do środka. Zaczynamy od wrzucenia plecaków na dach. Mam trochę problem z podrzuceniem mojego do góry... napięcie na twarzy, wytrzeszcz oczu, pomoc Łukasza... i po chwili plecak trafia w ręce pakowacza odbierającego bagaże na dachu. Teraz kolej na plecak Łukasza. Znam technikę to teraz już pójdzie łatwiej - myślę. Chwytam za obie szelki i.. nic. Co jest, zaczepił się o coś czy jaka cholera. Druga próba i z trudem podnoszę plecak. Jasny gwint. Ile to waży. Szacun dla Łukasza przez duże 'esz' :)

Przed wejściem do autobusu obowiązkowe sprawdzenie biletów, paszportów i... złożenie odcisków palców na formularzu podróży. Podejrzewamy, że na potrzeby identyfikacji... w razie czego.




W autobusie zaczynamy rzuć liście koki. Dowiedzieliśmy się w Jo's Place, że kilka liści wkłada się między dziąsła, a policzek. Co jakiś czas trzeba przepić wodą. Podróż autobusem zaczynamy z około 3000m n.p.m. i mamy wjechać nim na około 4700m n.p.m po czym zjedziemy na 3850m. Mogą zaboleć głowy.

Widoki z okna autobusu są przepiękne i zapierają dech w piersiach. Malownicze zawijasy drogi powoli wznoszące się zboczem na przełęcz, w tle zaśnieżone szczyty, gdzieś na dole turkusowe jeziorko.

Droga do Vaquerii wznosząca się na przełęcz ok 4700m n.p.m.
Tuż za przełęczą prosimy o postój na sikanie. Liście koki i zdobywanie wysokości robią swoje. Sikać chce się cały czas ;) Po wyjściu z autobusu czuję wysokość i przypomina mi się Nepal i podejście pod Thorung La. To dziwne, trudne do opisania uczucie, komuś kto nie był na takiej wysokości.





Na szczęście zjeżdżamy już z przełęczy na jej drugą stronę. Zaczyna się lepiej oddychać i łatwiej myśleć. Po 12-tej dojeżdżamy do wioski Paria. Wysiadamy chyba jako jedyni, a autobus jedzie dalej.
Decydujemy się zjeść jeszcze jakiś obiad. Zagadujemy kobietę w przydrożnym domu i udaje nam się zamówić zupę i jakieś 'drugie'. Dodatkowo Oktawia kupuje kapelusz od słońca. Wygląda już na trochę sfatygowany i chyba jeszcze do tej pory był noszony przez któregoś z domowników.

Dostajemy obiad. Zupa, tutaj cytuję z notesu Irki, 'ma kolor wody po gotowaniu ścierek'. Dla mnie ma konsystencję krochmalu i ciężko ogólnie powiedzieć z czego została przygotowana. Gdyby nie duża ilość soli to miałbym problemy ze zjedzeniem. Na drugie obowiązkowo ryż z frytkami i dodatek - tym razem w postaci jajka sadzonego.

O 13-tej ruszamy w drogę. Gorąco jest niesamowicie. Liczymy na to, że dalej w górach będzie trochę chłodniej.

Już po 30 minutach plecak ciąży niesamowicie. Oczy wychodzą mi z orbit od tego ciężaru. Zmieniam ustawienie szelek i pasa biodrowego. Plecak mam nie najnowszy, pamięta jeszcze czasy studenckie, ale niestety przy obciążeniu około 25kg trudno, żeby było wygodnie. Wiemy, że około godziny 18-tej zapadnie zmrok i planujemy, żeby najpóźniej 30min przed zmrokiem rozglądać się za miejscem noclegowym.

Przed 18-stą dochodzimy do wielkiej polany. Nie jest to jeszcze wyznaczone miejsce biwakowe, ale decydujemy, że trzeba się rozbijać tutaj. Wszyscy są już bardzo zmęczeni. Miejsce wygląda na całkiem przyjemne. W pobliżu jest rzeka, a trochę wcześniej widzieliśmy także strumień. Rozbijamy więc powoli namioty. Plecaki i inne rzeczy leżą rozrzucone w lekkim nieładzie. Po pewnym czasie podchodzi do nas jakaś niepozorna krówka. Cichaczem, ale coraz bliżej praktycznie pod same namioty. Oktawia próbuje odgonić ją kijkiem trekingowym, jednak bezskutecznie. No i w tej chwili słyszę przestraszony głos Ani 'To jest byk!'. Byk nie zamierza odejść. Stoi, zniża łeb i zaczyna kopać kopytem. Robi się nieciekawie. Rzekłbym bardzo nieciekawie. Ciarki przechodzą mi po plecach. Wszyscy kucamy za namiotem i robimy szybką naradę co dalej. Po jednej stronie mamy gęsty las - po drugiej rzekę. Jakoś bez podejmowania decyzji po chwili znajdujemy się tuż przy rzece i ustalamy co dalej. Robi się coraz ciemniej i zimniej. Nie mamy przy sobie czołówek, ani kurtek. Byk obwąchuje namioty i plecaki, co chwilę na nas patrząc. Chyba po 40 minutach w końcu rusza leniwie w naszą stronę...przesuwamy się w bok ile to możliwe. Byk bez trudności przekracza rzekę i znika gdzieś w ciemnościach.

Emocje..emocje i adrenalina jakiej nie pamiętam. Kończymy rozbijać namioty, przygotowujemy kolację i ustalamy, żeby rano ruszyć dalej zanim pojawi się byk.



P.S. Baliśmy się wracać do źródełka, więc wodę na kolację wzięliśmy z rzeki ;)

piątek, 26 kwietnia 2013

W Huaraz. Aklimatyzacja przed trekiem

W Jo's Place
Wczoraj już po zmroku dotarliśmy do Huaraz. Od razu poczułem wysokość (3052m n.p.m.) po lekkiej zadyszce, która złapała mnie przy wypakowywaniu bagaży. Zmęczeni całodzienną podróżą mieliśmy trochę problem z ustaleniem co dalej. Nagle tuż przy wyjściu z dworca autobusowego zobaczyliśmy uśmiechniętą twarz naszego przyszłego gospodarza, trzymającego wielką kartkę z naszym nazwiskiem... z małym błędem co prawda :-)
Spotkanie na dworcu było dość zaskakujące. Przed opuszczeniem hotelu w Limie, dziewczyny z obsługi pytały nas czy zarezerwować nam jakiś hotel. Znaleźliśmy wcześniej w internecie kilka noclegów i chcieliśmy konkretnie, któryś z nich. Ale niestety nie szło się tam dodzwonić. Dziewczyny mówiły, że mogą polecić inny nocleg, jednak ostatecznie się na niego nie zdecydowaliśmy. Tym bardziej zdziwiło nas, że ktoś na nas czekał. Zostaliśmy wpakowani do czekającego już busa i szybko dotarliśmy do Jo's Place


Nowy dzień - nowa przygoda :). Ustaliliśmy, że przed wyjściem na właściwy trekking musimy zrobić jakieś wyjście aklimatyzacyjne. Wybór padł na jezioro w pobliżu Huaraz, położone na wysokości około 3700m n.p.m. Trasa kilku godzinna w sam raz na początek. Głównym problemem, jak się wkrótce okazało i co zostanie potwierdzone kilka dni później, było peruwiańskie słońce. Grzało niemiłosiernie i trudno było o jakikolwiek skrawek cienia.

W drodze do jeziora przechodziliśmy w pobliżu małych osad ludzkich. Bardzo ciekawe domy, wybudowane z cegły adobe lub tynkowane w charakterystyczny sposób gliną. Przekonaliśmy się też, że język hiszpański, który znamy na bardzo podstawowym poziomie, tutaj w górach brzmi zupełnie inaczej. Dla nas był jeszcze trudniejszy do zrozumienia.




W miarę zdobywania wysokości otaczały nas coraz piękniejsze widoki. Huaraz położone jest dość wysoko i otoczone łańcuchami górskimi. Nie trzeba wyjeżdżać daleko od miasta, żeby poczuć górski klimat.



Tuż po dotarciu nad jezioro przysiadł się do nas lokalsowy chłopaczek, który wracał chyba ze szkoły. Zainteresował się grupką gringos, którzy pewnie nie często zapuszczali się w to miejsce. Żałuję bariery językowej bo chętnie bym z nim więcej porozmawiał. Udało mi się pokazać mu trochę zdjęć z Europy i wymienić kilka zdań. Jednak najbardziej zaskoczyło mnie jego zainteresowanie moim... owłosieniem na przedramionach :) Był bardzo ciekawy czemu mam na rękach włosy, ciągle pytając 'por qué'. Nawet zasugerował, że można by je przyciąć :)

Nasz mały kolega zainteresowany aparatem Łukasza

Był to dość męczący i bardzo słoneczny dzień. Dla przypomnienia mamy dopiero końcówkę kwietnia. W Polsce, wyjątkowo długa w tym roku zima, dobiega końca, a ja szczur biurowy wyszedłem pierwszy dzień na otwarte słońce. Efektu tej wyprawy możecie się już domyślić :)


Osiołek w bezruchu