Dowiadujemy się, że w jadalni czeka już na nas śniadanie. Standardowo jak to w hotelu tosty, masło, dżem. Po chwili pojawia się jajecznica. Ale dwie rzeczy robią na mnie wrażenie. Pierwsza to sok ze świeżych cytrusów. Dosłownie świeżych bo pewnie zerwanych kilka dni wcześniej. Jeśli chodzi o owoce to na targu jest tego do wyboru do koloru.
Drugą rzeczą jest kawa, podawana tutaj zupełnie inaczej niż do tej pory widziałem. Na stole zastajemy kilka małych dzbanuszków wypełnionych kawą. Zimną kawą. Noo niee, a taką miałem ochotę na ciepłą pachnącą kawę. Patrzę na kuchenkę mikrofalową i w jednej chwili włącza mi się pomysłowy Dobromir. 30 sekund i mamy ciepłą kawę. Nawet mocna, ale po dodaniu mleka wychodzi w sam raz. Zastanawiają nas jeszcze termosy z wrzątkiem. Kawa zimna w dzbanku. W termosie wrzątek. Bezsens. Beezdura :P No ale cóż, pewnie hotel się nie postarał.
Po kilku dniach przekonaliśmy się, że zimna kawa to nie była wina obsługi hotelowej. Po prostu tak tutaj podają kawę. W dzbanuszkach jest esencja kawy - bardzo mocna, jak to twierdził jeden z kelnerów. Do kawy takiej dolewa się wrzątek albo gorące mleko. Trochę to dziwne ;)
No ale wróćmy jeszcze do naszego hotelu. Za kilka godzin mamy autobus do Huaraz. Zamówiliśmy taksówkę, żeby czekała na nas odpowiednio wcześniej.
Auto podjeżdża o czasie. Jakaś toyota kombi. Na szczęście ma trochę pojemniejszy bagażnik niż ta poprzednia, więc bez większych problemów mieścimy się do środka. Temperatura w aucie niestety jak w piekarniku. Póki jesteśmy w ruch to jest znośnie. Gorzej gdy trzeba się zatrzymać bo gorąco jest nie do wytrzymania. Po chwili, niestety trafiamy w korek. Korek gigant. Kierowca czując, że zostało mało czasu, co chwilę nerwowo wali ręką w kierownicę.
W taksówce zamontowany jest malutki telewizor i DVD. Jak pewnie usłyszeliście, w tle leci jakiś południowo amerykański serial.
Na dworzec docieramy kilkanaście minut przed odjazdem. Kolejne pozytywne zaskoczenie. Bagaże nadaje się tutaj prawie jak przy odprawie na samolot. Dostajemy karteczkę, którą trzeba pokazać, żeby bagaż odebrać po podróży. Następnie czeka nas kontrola dokumentów i dopiero możemy wejść do autobusu.
Przy drzwiach wita nas uśmiechem stewardesa. Autobus ma dwa pokłady. Na dolnym znajdują się miejsca typu "cama", całkowicie rozkładane do zupełnie płaskiego łóżka. My po schodkach wchodzimy na górę gdzie znajdują się nasze miejsca typu "semi-cama". Miejsca jest tyle, że ja ze swoimi 193 centymetrami wzrostu nawet nie sięgam kolanami do poprzedzającego fotela. Super :)
W trakcie podróży dostajemy obiad i kolację. Do tego obowiązkowo mate de coca. A całość kosztuje w przeliczeniu jakieś 60-70zł :)
Link do strony naszego przewoźnika http://www.moviltours.com.pe
W autobusie, dla uprzyjemnienia podróży jest telewizor. Dzięki temu nie ma szans się nudzić. Jedyny problem w tym, że przez cały czas lecą seriale, peruwiańskie disco-polo albo durne amerykańskie komedie z hiszpańskim dubbingiem... o zgrozo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz